Dębno Maraton czyli piękna „3” w drodze po Koronę Polskich Maratonów

Niedziela… Wstajemy ok. godz 8, bez pośpiechu, na luzie, bez cienia stresu. Czasu mamy sporo, bo maraton zaczyna się o godzinie 11:00, a na linię startu mamy niecałe 3km. Najpierw kawa, potem pyszne polskie bułeczki z dżemem i jeszcze jedna kawa. Ponieważ dzielimy łazienkę w kilka osób, na swoją kolejkę trzeba poczekać. Mam więc czas na przygotowanie stroju. Niestety nowe koszulki nie doszły, a stara jest zbyt zabudowana pod szyją i nie wyobrażam sobie biec w niej w takiej temperaturze, decyduję się na małą przeróbkę. Tniemy pod szyją i pogłębiamy dekolt 😉 Jakby nie było mamy ze sobą krawcową (dziękuję Basia za piękne cięcie) i malutkie nożyczki do obcinania paznokci, które spisują się genialnie. Bluzeczka grupowa przerobiona, numer przypięty z przodu, na plecach montuję kartkę z napisem „Biegnę dla Nikodema” to dzięki temu Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże darowiznę na leczenie 4,5-latka, który choruje na ultra rzadką chorobę metaboliczną. Potem dowiaduję się, że metę przekroczyło 327 osób z taką kartką, a raczej tych, którzy zdecydowali się wesprzeć akcję. Wielu osobom wiatr pozrywał kartki i dobiegli do mety bez nich, ale to nie miało znaczenia.
Nadeszła moja kolejka na okupowanie łazienki. Wszystko dzieje się bez pośpiechu bo mamy sporo czasu. No i tu zdziwko. Wychodzę z łazienki, a moi towarzysze informują mnie, że już jedziemy. Wkurzam się, bo według tego co ustaliśmy dzień wcześniej, mieliśmy wyruszyć prawie o godzinę później. Byłoby ok gdyby nie fakt, że dopiero co wyszłam spod prysznica i nie mam suszarki, a nienawidzę wychodzić z domu z mokrymi włosami nawet jak jest ciepło. Idziemy więc na kompromis i jadę na start z tylko mocno wilgotnymi włosami. No cóż, bywa i tak.
Do centrum Dębna docieramy bez problemu mimo, że straszyli nas zamkniętymi drogami i brakiem dojazdu. Bez problemu znajdujemy też miejsce parkingowe. Spotykamy Krzysia i Włodka z naszej grupy biegowej Polacy Biegają w UK. Obowiązkowe odwiedzenie toitoi-a i czas na rozgrzewkę. Patrząc na ludzi mam wrażenie, że to kameralny bieg towarzyski. Ludzie są uśmiechnięci, rozgrzewają się, pozdrawiają się wzajemnie. Jeszcze tylko grupowa fotka, kolejna wizyta w toitoi i czas ustawić się na starcie. Jest tłoczno i jakoś tak inaczej niż w Krakowie czy Warszawie. Nie ma wyznaczonych stref, nie widzę też w tym tłumie panów z balonikami (dostrzegam ich dopiero później na trasie). Stajemy razem z Krzysiem cały czas dyskutując i nagle zaskakuje nas start. Upsss… a nasze zegarki jeszcze nie są gotowe. Mój sunnto szybciutko łapie sygnał więc ruszam pozostawiając za sobą Krzysia, który czeka na sygnał. Po kilkunastu sekundach Krzyś dogania mnie i życzą mi powodzenia mija mnie szybkim krokiem. No i się zaczyna przygoda…
Tym razem ma swój własny plan i jest nim tzw. positive splits. Dlaczego zdecydowałam się na tą formę biegu? Główny powód jest taki, że środkowa część treningu zawsze wychodzi mi najlepiej. Wiem, że wtedy mogę przycisnąć, zmęczyć się, a potem dobiec do końca troszkę wolniej i nie jest to totalny zgon. Mój cel w Dębnie to 3:30 i zamierzam zacząć spokojnie tempem 5:10 i tak sobie biec przez 5 km. Da mi to czas na rozeznanie jak tam mój Achilles no i na szybką ocenę moich możliwości. Jest ciepło, nawet bardzo ciepło i zdaję sobie sprawę, że być może będę musiała zweryfikować mój plan i uwzględnić czynnik pogodowy. Zatem lecimy… Nauczona doświadczeniem poprzednich maratonów, tym razem wiem więcej o trasie i punktach odżywczych. Wiem też czego się spodziewać. Biegnę więc w pełni szczęścia. Oj trudno jest mi poskromić samą siebie przez te pierwsze 5km dlatego, jak już tylko mogę, z niekłamaną radością przyśpieszam i lecę w granicy 4:50. Jest ciepło, biegacze już na pierwszych punktach wodnych polewają się wodą. Ja zaś sumiennie sięgam po wodę, bo obiecałam sobie, że nie pominę ani jednego punktu z wodą. Pierwsze pętle są w samym mieście. Kibice fantastycznie dopingują i ciężko jest nie przyśpieszyć, nie dać się ponieść. Wszystko idzie super. Wybiegamy poza miasto, jesteśmy między 8-9km i tu mały zonk. Dobiegamy do punktów wodnych i przeżywam szok, na pierwszych stołach brakuje wody. Wolontariusze chwilowo nie nadążają z napełnianiem kubeczków. Nie panikuję jednak, bo wiem, że następny punkt odżywczy jest za 2,5km. Poza tym mam przed sobą jeszcze kilka stołów i wierzę, że złapię chociaż jeden kubeczek wody. Udaje się ufff… Lecę dalej, mijam pojedyńczych kibiców na obrzeżu Dębna i dalej nic… Jest za to las, piękny polski las i pola. Czuję się jakbym biegła tam, gdzie spędzałam wakacje jako dziecko. Przypomina mi się Dziadzio, Babcia, Przyjaciele z dzieciństwa. Wspomnienia zalewają moją głowę i może dzięki temu biegnie mi się rewelacyjnie. Kilometry lecą, a ja nawet nie zauważam kiedy nadchodzi czas na pierwszy żel. Miał być łyknięty na 15 km czyli 1,5km temu. Upsss… Nie szkodzi, to nie ma przecież takiego wielkiego znaczenia. Mocno w to wierzę. Maraton w Dębnie zachwyca mnie organizacją i wolontariuszami. Pięknie oznaczone punkty odżywcze widać z daleka. Informują nas o tym powiewające chorągiewki z napisem „Punkt odżywczy”. Niesamowicie mnie to cieszy, bo w Warszawie zostałam niemalże stratowana przez biegnącego pana, który w ostatniej chwili zorientował się, że na prawo jest woda. Tutaj jest inaczej. Ludzie biorą kubeczki i lecą dalej. Raz tylko słyszę jak jakiś znerwicowany biegacz krzycz „brać kubki i wyp… na lewo”. W szoku jestem, że można być aż takim gburem. No cóż, biegacz to przecież też człowiek. Sama na każdym punkcie chwytam kubeczki na kilku stołach,aby się napić ale też przemyć twarz wodą, zwilżyć kark i szyję, kilka razy łapię też kawałek banana i raz kostkę cukru, która smakuje okropnie. Bleee… Na 13km wbiegamy do Dargomyśla, gdzie również czekają na nas kibice. Buzia sama mi się uśmiecha widząc stojące przy bramach całe rodziny, nawet strażacy dopinują nas włączając syrenę w swojej siedzibie, a nieco dalej w wozie strażackim. Nade wszystko jednak zachwyca mnie rodzinka stojąca po prawej stronie trasy. Dziadziuś gra na bębnie, trąbce i jeszcze jakimś instrumencie, zmieniając je co jakiś czas. Wszystko idzie gładko aż do 17km kiedy to wiatr postanawia dać nam o sobie znać. Wieje nam w oczy, dosłownie. Nie jest jakiś mega silny, ale jest na tyle mocny, by go odczuć. Czuję, że z nim walczę. Szukam kogoś, aby schować się za nim. Niestety niczym samodzielny wojownik biegnę bez towarzyszy. No cóż… Prosta ma 3km, jakoś dam radę. Potem zaczynają się zabudowania i będzie lżej. W pewnym momencie dołącza do mnie Robert z numerem 1111. Przesympatyczny facet, niesamowita gaduła, który swoimi opowieściami odwraca moją uwagę od wiatru. Musimy oboje wyglądać komicznie, bo nie wiem czy sięgam mu do pachy 😉

85423-MDB17-126-42-000101-mdb17_01_wlc_20170402_111832_2
Połowa już za nami 🙂

Na 21 km wbiegamy do miasta i Robert przyśpiesza, a ja znowu zostaję sama. Mijam Rodziców Piotra, potem miłą Panią Fizjoterapeutkę, która wczoraj okleiła moje nogi (dziękuję za to jeszcze raz) i znowu zaczyna się moja samotnia. Odcinek z kostką brukową upewnia mnie w przekonaniu, że czas na moją „tajną broń”. Wyciągam więc ulubioną dziesiątkę różańca i zaczynam rozmowę z Tym, który jest moją największą siłą. W sumie przez cały bieg w mojej głowie brzmią słowa ulubionej pieśni, zwłaszcza słowa: „… moja tarcza i moja moc, On jest mym Bogiem nie jestem sam. W Nim moja siła, nie jestem sam”. Tak, tym razem wyjątkowo czuję to, że nie jestem sama i jestem za to wdzięczna. Nadchodzi czas na drugie i ostatnie okrążenie poza miastem. Lubię biegać po pętli, bo dzięki temu mogę opracować sobie strategię na drugie okrążenie, na czas kiedy zaczyna się prawdziwy maraton. Nie, nie mam tu na myśli ściany. Chodzi mi o czas, kiedy muszę zacząć współpracę z moją głową. Z reguły jest to 32-34km. Moja głowa zaczyna słuchać zmęczonego już przecież ciała i chwilami podszeptuje mi, że zostało jeszcze tyle a tyle km. Tym razem dodatkowo słyszę obok narzekających ludzi, że jest gorąco. Szybciutko jednak dochodzę do porządku z moją głową i z „jeszcze tyle km” robi się „już tylko kilka km”. Tym razem zaskakuje mnie jeszcze coś innego, coś czego nigdy jako biegacz nie doświadczyłam. Kolka… Franca atakuje mnie niespodziewanie i wkurza mnie na maksa. Biegnący obok brodaty biegacz zauważa, że coś jest nie tak i sugeruje abym stanęła na chwilę i mocno ucisnęła bok. Jednak taka opcja nie wchodzi w rachubę. Biegnę dalej co chwila uciskając bok, a Pan Brodaty biegnie obok mnie. Pikanterii dodaje wiatr, który znowu dmucha nam w twarz. Wiem, że dużo osób bardzo na niego narzekało. Wg mnie nie był aż tak bardzo silny, ale jednak był wyraźnie odczuwalny. Po raz pierwszy pozwalam sobie na westchnienie typu, że męczy mnie ten wiatr. To chyba forma narzekania, prawda? Pan Brodaty biegnie ze mną ramie w ramię i delikatnie stwierdza, że za chwilę będzie lepiej. No i jest. Ostatnie km, ostatni pomiar czasu, ostatni punkt wodny i … Biegnący obok mnie biegacz niespodziewanie osuwa się na ziemię. W efekcie robi się zamieszanie i ponownie następuję walka o kubeczki z wodą, przez to praktycznie się zatrzymałam na sekundę czy dwie. To jednak wystarcza, aby zgubić rytm, aby poczuć zmęczenie i zacząć walczyć o ostatnie 2 km. Męczą mnie one bardziej niż przebiegnięte do tej pory 40 km. W głowie odhaczam znane już punkty. Policja i motocykliście na zakręcie, żółty radar, pizzeria w której wczoraj wieczorem jedliśmy, sklep gdzie zawitaliśmy w piątkową noc, deptak w stronę biura zawodów i meta. Wreszcie meta! Wbiegam na nią z oklaskami, radością i z wymarzonym czasem 3:30:25! Po raz trzeci przekraczam metę maratonu, po raz trzeci mam za sobą 42 km i 195 metrów biegu, walki z samą sobą, bycia z samą sobą i po raz trzeci czuję niewysłowioną radość i wdzięczność. Kocham ten stan. Uwielbiam ten mix zmęczenia i radości. Pokonuję metę ze łzami w oczach. I marzę o łyku zimnej pepsi 😉 Mam taki zwyczaj, że każdy maraton w czyjejś intencji i niosę tego Kogoś w moim sercu i głowie przez te długie kilometry. Tym razem była to Basia, moja Przyjaciółka z którą połączyły nas studia oraz Mariusz. I to o nich myślę w momencie przekraczania linii mety. Myślę też o moim Synu, mojej Rodzince i mocno wierzę, że są ze mnie dumni. Nie mogę się też doczekać aż na metę dobiegnie On i powiem mu, że zrobiłam to, że mam moje 3:30 🙂 W myślach dziękuję też wszystkim za wsparcie, a wiem, że całkiem spora grupa Dobrych Dusz mnie dziś wspiera.
Na mecie Wolontariusze okazują się prawdziwym skarbem i są niezwykle pomocni. Mam wrażenie, że czytają mi w myślach. Dostaję kubek wody, za chwilkę kolejny, ktoś pomaga włożyć mi pelerynę, abym się zbytnio nie wychłodziła i pyta czy potrzebuję pomocy. Ponieważ za metą nie ma wiele miejsca, proszą nas o przejście na boisko do koszykówki (chyba), gdzie są rozstawione ławeczki a całość wyłożona jest miękką matą. Idę tam, ale nagle moje oczy dostrzegają innego Maratończyka z butelką pepsi. Bez wachania idę na „żebry” i sępię odrobinę do mojego kubeczka. Biegowy kolega chce dać mi więcej, ale dziękuję, bo normalnie nie pijam takich rzeczy, ale dzisiaj to był top mojej listy marzeń.
Pozostaje mi już tylko czekać aż On dobiegnie do mety. Krzyś już jest, zaś reszta ekipy czyli On, Basia, Piotr, Włodek, Konrad i Przemek walczą dalej…

 

85423-MDB17-126-42-000101-mdb17_01_wlc_20170402_142847_1
Ostatnie metry i walka do końca

 

85423-MDB17-126-42-000101-mdb17_01_bor_20170402_114251
Happy Bunny 😛

 

Co zrobiłam źle podczas tego biegu:
– znowu za dużo gadałam upsss…
– nie pilnowałam regularnego spożywania żeli
– trochę olałam pracę rąk

 

 

Dodaj komentarz